Otacza Cię
solny krajobraz,
gdy idziesz,
niepewnie stawiając
tutaj pierwsze
kroki.
Tam, w oddali
są góry,
żeby tutejsza gwiazda
miała swe schronienie,
z którego wschodzi
i za które zachodzi,
wydobywając za
każdym razem
iskrzące światełka
z półprzeźroczystych
kryształków.
Pokrywają wszystko,
a Ty idąc
wzbudzasz solny
pył.
Przestajesz wierzyć
w swoją teorię
o morzu.
Spoglądając w lewo
albo prawo
dostrzegasz czasami
jakieś cienie
i dałbyś wiele,
żeby ktoś teraz
zapytał:
„Gdzie jest teraz
Twój Bóg?”
Oznaczałoby to, że
szuka zagubionych
śladów
swego Pana.
Może poszlibyście razem
na wędrówkę
czy
połów...
Teraz wiesz, że
to tylko wyobrażenie.
Wiesz jak boli,
kiedy chciałoby się
nie wiedzieć
tego, co się poznało.
Kiedy gwiazda
zachodzi,
rozpoznajesz w niej swoje
słońce.
Pod nogami masz
ziemię
zatopioną we łzach.
Nie pytasz ile minęło
czasu,
bo tylko Bóg zna
odpowiedź,
a i On niedokładnie,
więc wolisz się
bać.
Przypomnij sobie,
jak wtedy
szukałeś wody.
szukałeś wody.